FELIETONY RECENZJE REPORTAŻE WIDEO WYWIADY AKTUALNOŚCI
RECENZJA
Nowy Testament w rytmie rocka
Dominika Stanior
PODAJ
DALEJ

  • Koniec lat 60. XX wieku – Tim Rice i Andrew Lloyd Webber (dziś uznani twórcy dziedziny muzycznej, wtedy zaledwie amatorzy) wpadają na pomysł stworzenia musicalu, którego główną osią fabularną będą dzieje Jezusa Chrystusa. Małymi krokami (w towarzystwie wielkich kontrowersji) pracowali nad swoim dziełem, aby ostatecznie dostarczyć nam Jesus Christ Superstar. Ryzykowny pomysł Rice’a i Webbera opłacił się – ich dzieło mieści się w zestawieniu dwudziestu najdłużej granych musicali na West Endzie. Również i polscy widzowie upodobali sobie muzyczną opowieść w oparciu o Nowy Testament. W końcu i ja, 32 lata po polskiej premierze (oraz przy okazji Wielkanocy), miałam okazję przekonać się, jak wypada historia Jezusa na deskach Teatru Muzycznego w Łodzi.

     

    A wypada ona bardzo dobrze! Koncept musicalu zakłada przedstawienie losów Jezusa we współczesnych czasach. Tak więc na scenie obserwujemy m. in.: apostołów w skórzanych kurtkach, kapłanów jako wrogich urzędników oraz Heroda sprawującego funkcję drag queen (!). Nie należy pomijać kreacji tytułowej supergwiazdy. Jezus nie jest tutaj Synem Bożym, a człowiekiem. Człowiekiem, który odczuwa smutek z powodu zdrady, który doświadcza złości spowodowanej wszechobecnym tłumem pragnącym cudów i wreszcie człowiekiem, który próbuje zrozumieć przeznaczony mu los. Takie przedstawienie jego postaci zupełnie zmienia poglądy widza – sprawia, że ten zaczyna dostrzegać więcej podobnych cech, łatwiej utożsamia się z bohaterem, a więc lepiej go rozumie, co pozytywnie wpływa na ogólny odbiór.

     

    Warstwa wizualna spektaklu nie jest zbyt skomplikowana. Scenografia oparta jest głównie na kilku ruchomych konstrukcjach i efektach świetlnych. W żaden sposób nie przeszkadzało to jednak w odbiorze sztuki, wręcz przeciwnie – dawało większe pole do popisu dla umiejętności aktorów.

     

    A to właśnie aktorstwo jest najjaśniejszym punktem tego przedstawienia. Kiedy zobaczyłam obowiązującą obsadę spektaklu i odnalazłam w niej znajome nazwiska, moje oczekiwania co do niego poszybowały jeszcze wyżej i, całe szczęście, nie zawiodłam się. W zespole znaleźli się m. in.: Piotr Płuska jako Piłat, Kamil Dominiak jako Herod, Agnieszka Przekupień jako Maria Magdalena oraz Janusz Kruciński jako Judasz. No i oczywiście tytułowa supergwiazda i mój osobisty faworyt – Marcin Franc w roli Jezusa. Siedząc w pierwszym rzędzie miałam doskonały wgląd na jego równie doskonałą grę aktorską – każdy grymas bólu przy scenie biczowania (która, jakkolwiek by to nie brzmiało, była naprawdę fenomenalna) wprawiał mnie w osłupienie. W parze z pierwszorzędnym aktorstwem szedł przepiękny głos, który doprowadził mnie do łez (w pozytywnym znaczeniu!). Na ogromną pochwałę zasługuje również wykreowany przez Janusza Krucińskiego Judasz, który zrobił Jezusowi niemałą konkurencję.

     

    Repertuar spektaklu bardzo przypadł mi do gustu. Obfituje on w piosenki skoczne i wpadające w ucho (choćby „What’s the Buzz” i „Simon Zealotes”, które wciąż podśpiewuję, co wybrzmiewa dosyć osobliwie, biorąc pod uwagę ich tematykę) czy takie wywołujące refleksje i wzruszenie („Heaven on Their Minds” oraz moje ukochane „Gethsemane” – przyczyna wcześniej wspomnianych łez).

     

    Tytuły piosenek podałam po angielsku, bo i cały spektakl, jako jedyny w Polsce, właśnie w tym języku jest grany. Nie jestem pewna, co stanowi przyczynę takiego rozwiązania i nie uważam, że jest to potrzebny zabieg. Mimo że swój poziom języka angielskiego uważam za wystarczający, momentami ciche i niewyraźne (lub, skrajnie, aż nazbyt dobitnie wypowiadane) partie aktorów wymuszały na mnie zerknięcie na polskie napisy znajdujące się nad sceną (pod tym względem miejsca w pierwszym rzędzie nie były najlepszym wyborem, kark wciąż wydaje się boleć na to wspomnienie). Jeśli ktoś zupełnie nie czuje się pewnie w kwestii angielskiego, zalecam wybranie się do warszawskiego teatru Rampa, gdzie musical ten wystawiany jest w  naszym rodzimym języku.

     

    Mimo tego drobnego minusa, jaki stanowi język, uważam, że spektakl ten jest obowiązkową pozycją dla każdego fana musicali (i nie tylko!). Aktorskie i muzyczne popisy aktorów skutecznie rekompensują małe niedociągnięcia. Szczerze zachęcam, żeby przyszły sezon rozpocząć między innymi właśnie od muzycznej ewangelii. Ja sama z pewnością wybiorę się na nią ponownie.


    Niezależny portal społeczności
    I LO im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie