FELIETONY RECENZJE REPORTAŻE WIDEO WYWIADY AKTUALNOŚCI
RECENZJA
Co za historia, Tommy!
Natalia Baron
PODAJ
DALEJ

  • O The Room z 2003 roku usłyszałam zupełnym przypadkiem i prawdopodobnie nie zwróciłabym na niego większej uwagi, gdyby nie sąsiadujące z tytułem określenie najgorszy film świata. Spójrzmy prawdzie w oczy — obok tak śmiałego zarzutu, kiedy istnieją produkcje o fatalnie zanimowanych rekinach/dinozaurach/oponach siejących postrach wśród ludzkości nie można przejść obojętnie.

     

    Główny bohater filmu, poczciwy bankier Johnny, wiedzie spokojne życie w San Francisco. Mieszka ze swoją narzeczoną, Lisą, z którą zdaje się tworzyć parę nad wyraz szczęśliwą, czego nie omieszkują dowodzić sobie w łóżku. Idylla, można by rzec, jednak to tylko pozory. Lisa nie jest zadowolona ze swojego życia, a związek z Johnnym ją nudzi. Mimo to nie zrywa zaręczyn, odwodzona od tego przez matkę i przyjaciółkę, co nie powstrzymuje jej przed próbą uwiedzenia najlepszego przyjaciela bankiera — Marka. Opór moralny, który ten wykazuje na początku, okazuje się jednak zbyt słaby wobec wdzięku Lisy, któremu Mark ostatecznie ulega i wplątuje się z kobietą w romans.  Obok motywu miłosnego trójkąta film przybliża widzowi również poboczne historie drugoplanowych bohaterów: Denny’ego — chłopaka będącego dla Johnny’ego jak syn i jego kłopotów z lokalnym dilerem, matki Lisy i jej problemów zdrowotnych oraz przyjaciół narzeczeństwa.

     

    W głównej mierze za powstanie The Room odpowiedzialny jest Tommy Wiseau (czy też, według niektórych źródeł, tak naprawdę Tomasz Wieczorkiewicz) jako jego scenarzysta, reżyser i producent, a ponadto odtwórca głównej roli, dysponując przy tym sześcioma milionami dolarów niewiadomego pochodzenia. Na ekranie towarzyszy mu najlepszy przyjaciel Greg Sestero jako Mark i to właśnie tych dwoje, jako jedyni z obsady, osiągnęło jakąkolwiek rozpoznawalność — książka Sestero The Disaster Artist znalazła się na liście bestsellerów „New York Timesa” i stała się kanwą dla filmu Jamesa Franco o tym samym tytule, za którego sprawą o najgorszym filmie świata ponownie zrobiło się głośno.

     

    Gdybym miała opisać The Room jednym słowem, najbardziej adekwatny wydałby mi się absurd. Aktorstwo jest drewniane, a w przypadku Wiseau niezamierzenie zabawnie przerysowane, opowiadana historia jest najzwyczajniej w świecie nudna, a obok tego mamy niezręczne i stanowczo za długie sceny erotyczne i nic niewnoszące do fabuły ujęcia biegania po parku czy rzucania piłką do rugby w smokingach. Wątki poboczne pojawiają się i... Urywają się równie szybko, potraktowane po macoszemu i nie doczekując się porządnego rozwinięcia ani zakończenia. Jak matka Lisy radzi sobie ze swoją chorobą? A Denny i sprawa z dilerem? Phi, niby kogo to obchodzi? Na pewno nie scenarzystę.

     

    Crème de la crème tej komedii, chociaż oficjalnie The Room jest dramatem, stanowią dialogi. Owszem, są źle napisane i w większości pozbawione sensu, ale w połączeniu ze stylem gry Tommy’ego Wiseau potrafią wywołać u widza uśmiech. Sztandarowym przykładem jest oczywiście „Oh, hi Mark!” rzucone sekundy po monologu, w którym Johnny wyraża oburzenie wobec kierowanych do niego zarzutów oraz „You’re tearing me apart, Lisa!” będące próbą nawiązania do filmu „Buntownik bez powodu”. Moim ulubieńcem jest natomiast „What a story, Mark” wypowiedziane ze śmiechem jako reakcja na smutną opowieść o pobitej dziewczynie.

     

    Wiseau na pewno udało się jedno — film mimo całej swojej beznadziejności zapada niezwykle głęboko w pamięci. Czy zatem warto się z nim zapoznać? Myślę, że tak, bo to nie byle jaki zły film, a wręcz perełka w swojej kategorii. Kiedy przestanie się brać The Room na poważnie (a o to nietrudno), może stać się swoistym guilty pleasure i da się całkiem nieźle przy nim bawić, wyśmiewając zaserwowane nam absurdy.


    Niezależny portal społeczności
    I LO im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie